Poemat dla doros�ych

By� okrąt, kt·ry zwa� sią Arka Pana

P�ywa� po falach, do fal strzela� z dzia�

By�a Arka, przysz�y pancernik Potiomkin

Coraz cią“szy pancerz, coraz bardziej cieknie dno

To jest poemat dla doros�ych

Niekoniecznie dzieci, niekoniecznie z g�uchej wsi

Dosy© chowania krzy“y g�ąboko pod koszul‡

Rumienienia sią za gumki i dzieci z prob·wki

To jest poemat dla doros�ych

Mamy do»© pouczania i ciskania grom·w

Zamiast ca�owa© beton lotniska po lotnisku

Wsta½cie z ty�k·w, nim kamienie wo�a© bąd‡.

Znowu wstanie »wit, znowu ludzie

Zwlok‡ sią z wyr, by tyra© na takich wy

Na niebie ujrz‡ zorzą, wiedz‡c, “e jest tam co» wiącej

To s‡ “ywi ludzie, a nie wasz prywatny folwark.

Dr“y ziemia, gruchocze bazyliki

Na co jeszcze czekacie a“ przem·wi do was krzy“

Przykro mi, jestem z drewna miąkszego ni“ wasze �by

Tak m·wi Pan: nie bądą gada� do lampy

Mo“ecie nas wykl‡©, zakaza© sakrament·w

Zes�a© na pustynią jak biskupa Gaillot

Jak buddyst·w zwymy»la© od ateist·w

Zboczone owieczki o jedno Vaticanum za daleko

B·g gej·w innowierc·w i nierz‡dnic

Ma bezmierne poczucie czarnego humoru

Odlecia� odrzutowiec opad�y “·�te flagi

Niech kto» nam powie, “e niebo nie jest puste.

Ryngraf

Nie»miertelny Kurzyniec usta ma w krzyku rozwiane

Wo�a precz z dwukropek po kt·rym du“o jest miejsca

īwiat�a w oknach buzuj‡ to Panprezydent “eruje

Panprezydent “re kawior w nim w�os rozwiany Kurzy½ca

Z ty�u zaje“d“a nyska; w »rodku osi�ki przy ganach

paru innych z kaftanem; mokn‡© nie bądzie na mrozie

Wszystko Ÿydzi kt·» wo�a on “e niestety nieprawda

Jeszcze kiedy go wlek‡ zamkn‡ wypuszcz‡ wlepiwszy

Ludzie id‡ z urządu co» im tam jeszcze obciąli

Spok·j wisi w powietrzu podmuch cmentarnej harmonii

Jego nie chc‡ w uopie jego nie zechc‡ postkomy

Stoi ludzie sią patrz‡ lustro czy kino ok�adka

Stoi studi·w nie sko½czy� ka“dy sią jako» urz‡dz�

sto�ki sp·�ki redakcje i jak za Gierka plac·wki

Ludzie patrz‡ i m·wi‡ g·wno wyp�ynie jak zwykle

Nie wychylaj prze“yjesz m‡drzy jeste»my Polacy

Kto» sią puka po g�owie kt·» sią po g�owie nie puka

Ryngraf milczy nas »cianie na nim samotny Kurzyniec

- - -

Matka Boska Cząstochowska wyskoczy�a z ram

Z mi�osierdziem sią przyjrza�a wielbicieli hordzie

Chodčcie do mnie moje dzieci co» wam dam

I ramami jak Van Damne wszystkich prask po mordzie

Nawet lubią gdy kto» znowu Jezus Maria klnie

Zamiast tony medalik·w nosi©

Ale ka“da feministka wam to powie, “e

i kobieta te“ ma czasem dosy©

Bia�a cisza “adnych pyta½ jednomy»lna zgoda

Cud nareszcie: to milczenie niczym jeden g�os

Ca�kiem jak na antypodach cz�ek cz�ekowi rąką poda

I kamurk·w coraz wiącej c·“ za piąkny stos

Inkwizytor podpisuje a kat ostrzy miecz

Rozdziawiaj‡c m‡drze paszczą jak pies do ksią“yca

Jak Darczanka, jak Giordano, jak Hus, prosta rzecz

Raz “e pierze zwyk�ym proszkiem dwa “e “ydowica

Ka“dy chwyta za kamura »lini‡c sią za trzech

A co »wie“szy pod sztandarem zaraz cztery �apie

Ty cnotliwa ty niechrzczona tw·j ostatni dech

Nie pomo“e ci ju“ nawet i elektryk w klapie

Zawsze bąd‡ chątni “eby w konia robi© was

Cacy cacy »wiąto pracy i na gnidzie gnida

Prosta rzecz za mordą trzyma© kadz‡c ca�y czas

Jak sią komu» nie podoba mączennik sią przyda

Matka Boska Cząstochowska popatrzy�a z ram

Pop�yną�y �zy wzruszenia macierzy½skie szczere

Ino mi spr·bujcie dziatki ju“ wam dam

I w gar»© skrąca namoczon‡ »cierą

- - -

postanowili»my reporter powiada utworzy©

polsk‡ ksiągą »mierci czy zechce pan powiedzie©

co czuje cz�owiek odwalaj‡c kitą

polski pacjent spogl‡da na polskiego reportera

ju“, ju“ zbli“a sią polski lekarz

a polska te»ciowa ju“ po schodach kroczy z wie½cem

proszą pana, proszą pana

powiem panu tak przerywa mu dziennikarz

a... proszą pana a to polska w�a»nie

ko½czy polski pacjent odwalaj‡c kitą

- - -

Wiosna ptaszki poetki

muza mn‡ ow�ada

piszą wiersz za wierszem

pącznieje szuflada

Panie redaktorze

Artystyczn‡ duszą

dzi» przed panem otworzą

Ja jestem geniuszem

Wydrukujcie a wa�a

dajcie zagra© a wa�a

a czytaj“e Mi�osza

i s�uchaj Turnaua

- - -

zamek sią wali� w blasku dynamitu

niczym Bastylia a baron Wokulski

ju“ by� u Geista wraz ze swym geniuszem

wszyscy czekali te“ na jego lampy

co nios‡ »wiat�o poprzez wiorst tysi‡ce

by kolektywnie pod�o“y© mu »winią

za» baron resztki swego tchn‡� geniuszu

w okrąty l“ejsze ni“eli sam przestw·r

a“ pop�yną�y �adowne uranem

tam, gdzie zamiast ch·r m·wi sią chor

a palant Prus o tym wszystkim nie napisa�!

EPILOG

W uszach dogorywa� dčwiąk poloneza

chwyta� za gard�o rozgwie“d“ony mr·z

Gdy brak�o patron·w naprz·d wiara i»© przytomnie

Tylko wara po mnie p�aka©

Sam wolny czyni�em i w�o»cian wolnymi

Teraz B·g i Bonaparte

Bia�a Zosia z u»miechem sz�a przez Berezyną

Jeszcze krok ani kroku skamienia�y nurt

I bia�ej Zosi o�owiany poca�unek

Horyzont wyci‡� hyccla gdy sią ustatkowa�

Co by�o? Sam zobaczysz, kiedy te“ tam p·jdziesz

W dzie½ szy�am, teraz prują czarn‡ suknią - modna

Gwiazda Polarna z�oci strzechy Soplicowa

- - -

przed sklepem jubilera pomy»la� Szpicbr·dka

Panie, b�ogos�aw mym zamiarom obaj wiemy,

“e s‡ prze»wi½skie, a w Twym domu nie

zamieszkam, jak S�owacki na Wawelu

My»la� Pan jak by nie spojrze©, takiej wiary

nie mia� nawet najukocha½szy z uczni·w moich

īw. Tomasz

na ziemią upada szk�o, na ziemią upada katechizm

bierzmy w swoje rące... mniejsza o szczeg·�y

z nieba spad� Batman, spod ziemi

kawalkada radiowoz·w agencji ochrony

ale sklep by� ju“ zrobiony a Szpicbr·dka

w Wiedniu doro“k‡ jecha� przez Sobieskiplatz

bohaterzy z komiksu

ujrzeli tylko powietrze zamiast krat i drzwi do sejfu

a na chodniku le“a�o najnowsze wydanie katechizmu

my»la� Pan: w Moim domu mieszka½ jest wiele; c·“ mi szkodzi

w jednym za�o“y© trochą lepsze drzwi i okna

ksią“yc zaszed� u»pi�y sią psy dzielni bohaterzy

obrali nowy kierunek: urz‡d zatrudnienia

Wziąli katechizm, ruszyli milcz‡cym szeregiem

- - -

Umrą ca�y mniej jeden ptaszek na spisie ludno»ci

Umrą ca�y panowie szkoda jest waszych metafor

Czego“ jeszcze mi trzeba? Klaska½ wypocin lito»ci

Co sią maj‡ do rzeczy jak do stokrotki kalafior

Czy mnie wiersze prze“yj‡? Ucha nastawcie piraci

Papier mniej zaczerniony r·wno, ni“ tamten na rolce

Ciao krasiccy, »wietliccy, wa“yki i bohomolce

Je»li nawet przeczyta grosza ci go»© nie zap�aci

ka“dy kiedy» ma cia�o by mu wymy»la© od »cierwa

cho© cierpliwie mi‡cha�o trawą etanol kondony

fizol chodzi� na wuef psychol za» tru� za miliony

pamią© µ »wiąta, »wietlana µ dla mnie w‡tpliwa rezerwa

i niech nic nie zostanie; szelest papieru, brząk monet

ale ko½czy© wypada, to mia� podobno by© sonet

list do A.Ginsberga

cze»© palancie to nie ma wina, “e

kiedy wreszcie wydali cią, ja ju“ od roku nie czytywa�em ksi‡“ek

i pewnie dobrze nic tak nie dzieli mą“czyzn

jak poezja - nie forsa, nie sto�ki, nie dupy

nie wiąc wiem kim by�e» i czy ju“ dzi» gryziesz ziemią

widzia�em cią raz w “yciu mia�e» zamkniąte oczy

tudzie“ inne otwory by sprawy nie przed�u“a©

widzia�em pierwszy raz jak poeta siedzi w medytacji

nic nie m·wi nic nie gada tylko siedzi

dzi» ja te“ nie jestem m�ody moj‡ sempiterną

pokrywaj‡ precliny o»wiece½sze z dnia na dzie½

ani okwiecony, ani o»wiecony

czy ja kwiaciarz albo elektrownia?

ale by�e» kim» twoja posta©

prze»witywa�a spoza zwa�·w nie powiem czego

papier jest papierem palant jest palantem

ale dobrze jest by© a r·wnie dobrze by© zjawiskiem

to jest twoje tego nikt ci nie upa½stwowi

nie przejmuj sią wiem do ciebie pusz‡ listy tacy r·“ni

nomina sunt odiosa; a czy ja nie jestem r·“ny?