Sacra conversazione

1992

* * *

jeszcze godzinę temu poranna mgła
nie zapowiadała takiej jasności, tak ogromnego nieba
i przelewania się ryb w rozgrzanych wodach stawu;
radości, gdy zrywające się do lotu dzikie kaczki
zostawiają wyraźny ślad na pomarszczonej tafli
sierpniowego dnia
długo ciągnąc za sobą wzrok, coraz spokojniejszy.
Napełniają się misy rdzawych ogrodów,
wysypują kłosy.
I cichniesz, dziwnie niewinny. Czysty:

łagodne wzgórza stoją w pysznym świetle,
w
trawach, nisko, ściele się śmierć












W cieniu


pachnie i brzęczy powietrze,
kasztanowce dopiero rozkwitły, stoją ciężkie,
w wilgotnej zieleni; ukradkiem
uwodzisz mnie
promieniu słońca, dosięgasz:
jak Zuzanna, młoda i czysta, kąpie się przede mną
śmierć,
coś nuci cicho, włosy skręciła w węzeł i upina do góry
klamrami z kości, odsłaniając szyję, dla moich ust?
Pomalowanych szminką?
Wiatr wywiewa zza domu świeży zapach drewna,
wielkich sosnowych bali, zwalonych w sągu, przy drodze;
woń żywicy,

mocniejsza przed wieczorem,
w notesie numer telefonu, który trzeba wykreślić
- jak barwna, zdobiona poduszka dzień się wysuwa
spod głowy










Sacra conversazione


w wieczornej ciszy,
skąd twoja nagle przy mnie obecność, drżąca i ufna?
Miękki powój dotyku, jak przed podróżą
i jej nieuchronność, skąd?
Jak zapach blisko
kuszące wgłębienie dłoni, kiedy spośród wszystkich
rzeczy, dobrych i złych,
z ich wyszukanej, nietrwałej obfitości
wybierasz niespiesznie jedną: garść czarnych jagód
i zamykają mi
usta
jagody









Liść


ten obciążony znaczeniami drobiazg, liść
z cienką gałązką ściągnięty
na wysokość oczu: jak pełen jest soków;
jego chwilowe podwójne istnienie
naprzeciw mojej ręki,
w zmieniającej się koszulce barw, nasyconej
ciepłem i z delikatnym meszkiem u spodu.
I zaraz nieruchomieje i jak kamyk wyjęty
ze strumienia i zostawiony na brzegu,
daleko od migotliwego nurtu: to, gdzie był
- nie istnieje










Nagość


gałęzie oblepione bielą i ciemnym różem,
brzęczeniem pszczół;
skrzydło dnia szeroko rozpościera się w słońcu,
w leciutkim wietrze, w zapachach świeżo skoszonej
łąki i długich rumianków na południowym jej brzegu.
Osłonięty, ciemniejący brzeg stawu.
Twoja ręka w moich włosach i na szyi, łagodnie,
miękko. Cała jej kruchość /i
drżenie?/.
Nagość rozchylających się liści, gęstniejących
zieleni, palce zsuwające ramiączko sukienki.










Pokusa


mgnienie zaledwie

tę zdumioną radość, kiedy wreszcie przyjeżdżasz
i wynosisz swoje rzeczy ze starego
sypiącego się combi, tę radość jak wodospad
to wszystko, co ma udział w jej trwaniu
łagodną pajęczynę światła pod kasztanowcami
rzucony ogryzek i to, jak się zaciągasz, mrużysz oczy
i popiół spada ci na koszulę, i strzepujesz prędko
jednoczesność żółtych astrów, chmury pyłu nad d
rogą
i święto takie, bo jesteś blisko
jaskółki coraz niżej, na deszcz, coraz mniej nieba
i światło już tylko ze szczelin, z pęknięć
w długich smugach

te strzępy, ich bezpowrotność
zapamiętać, po nic











W ogrodzie, boso


strącam mrówkę ze stopy
i patrzę, co zrobi z darowanym życiem,
z tą swoją kroplą czasu.
W żółtym świetle ścieżki, jak dogania inne,
zabijające właśnie jakiegoś owada, ruchliwe, żarłoczne.
Nieświadoma mojego, przez mgnienie, wahania.

Przy gorącym kamieniu, w ulewie słońca, ciężkich owoców
tyle tylko widzisz oko podobno przenikliwe,
ślepe oko poety:
tylko ten drapieżny kwiat o pięknej greckiej nazwie
/thanatos/, jak otwiera się i zamyka.
I nie możesz tego pojąć ani sprawdzić w żaden żywy
sposób. Tego, co tobie też będzie raz
na zawsze dane;
niemal czarne, słodkie
zerwane wiśnie krwawią w mojej dłoni











Jabłko


podnoszę owoc i jest w pleśni; czystą strunę
milczenia, śmierci niechcący trącam.
Zmięte wokół stóp prześcieradło trawy, ciężkie od rosy
bo otwiera się noc i w małym pokoju na piętrze,
po powrocie
samotność: kołujące, wrzaskliwe ptaki wypłoszone
ze swojego codziennego miejsca;
rozpadasz się, mijasz (miłości) i z tobą to
co bez znaczenia, co czułość wciąż jeszcze budzi,
(mała blizna na kciuku, okulary w rogowe
j oprawce),
bez śladu, doskonale.











Podróż


ranek jak mała kapsułka z piżmem
chciałoby się rozgnieść, rozetrzeć w palcach
i żeby zapach na opuszkach został, mocny.
Liście tytoniu schną na drewnianych balach
przy lichych, odrapanych domach i, jakby z wody,
świeżych w nalocie porannej mgły.
Ścierniska i późne owoce. Puste czarne gniazda
przy szosie, wysoko w gałęziach;
jadę do ciebie i pewnie obudzę,
i już nie zaczniesz dnia od papierosa i kawy
gotowanej z różyczką goździka
wiozę ci ogród, na
raz
cały












* * *


niebo odwija się ze zwojów przydymionych bieli,
szarości: rozpoczyna się godzina czystych barw,
wyciszonej muzyki, smakowanie jabłka.
I woda z jednej szklanki,
powleczonej obłoczkiem zimna; błądząc ręką leniwie
po rozgrzanej skórze, przyciągając się, szepcząc...
Spleciony z nami oddech tej godziny,
z naszym potem, z pulsem coraz szybszym
i słońce jak ziarno: z nieba, garściami
więc trzymają się prążki cienia na odkrytych ramionach,
piersiach.











Veraikon


a jeśli życie to tylko zakładka
w książce, w miejscu gdzie raczej opis rozlewisk Vivonne
lub studium zapachu
albo recepta na potrawę z ryby, dłuższą młodość?
Po co podaje nam chustę
ten, który czyta?
I bladej dziewczynie z brzuchem
z ręką wysuniętą po drobne, w
tłumie
czekającym na stacji metra?








Miejsce

Basi Bonietzki


możesz widzieć stąd więcej, te wszystkie miejsca
wyznaczone na obrzędy dzieciństwa, na latawce i piłki,
i na łódeczki z kory. Nawet wzór koronek /twojej babki
czy ciotki/ i kolor imbryka w kuchni, w małym miasteczku
na Śląsku;

możesz widzieć stąd więcej, w tym parku na nudnej
niemieckiej prowincji,
gdy znowu pomiędzy lepiej już rozumiany dialekt
a zadrzewioną, płasko rozlewającą się aleję
i przesunięty czas
wchodzą rzeczy stamtąd:
jakieś lato na jeziorach,
grzyby rozłożone na płachtach gazet, nawlekane na sznurki,
książki, które chyba przepadły;

gdy właśnie słychać muzykę, aż z miasteczka, z daleka,
pierwsze czyste dźwięki, kawałek jakby znajomy
i już się rozmywa, niknie. Kora b
uku od zachodniej
strony jeszcze ciepła i w niskim słońcu
- "co ja tu robię? gdzie jestem?", dziwisz się
w środku dnia wybudzona z realności, wyraźna i obca
jak w gościnnym pokoju.












Plaża


kąpiel w morzu wciąż jest niebezpieczna
ławice meduz przypłynęły od włoskich wybrzeży
niewielkie statki wpływają do zatoki
prawie już pusty widnokrąg choć to dopiero południe
i słońce wtłacza głowy
w obrożę ognia







* * *


zachód słońca w sierpniu: kropla
ożywia noc

koniuszkiem języka dotknąć
tej wil
goci









* * *

tak blisko jesteś, gałązko tarniny; gładka
jak skóra młodych jabłoni
jest we mnie cisza: nawet ptak nie śpiewa

tylko ogień










* * *

gałązko słońca chybotliwa,
jak podróżne pejzaże rozpostarte w jasnej przestrzeni
uczysz mnie kochać: nie posiadając;
kwitniesz w moim spojrzeniu,
w białej ciszy ściany, bezcielesna;
czyje usta są w tobie, rozpalone wołaniem,
gdy zamierasz na udach, wpleciona wysoko,
nieuchwytna?

Kiedy płynę jak łąka pod skrzydłem jastrzębia,
z kim płynę? Pod
niebem nachylonym,
otwartym jak echo;
i dokąd?






* * *

jezioro w łasce grafitowego blasku, przed zmierzchem,
u schyłku upalnego dnia;
wieloraka gra cieni i barwy,
i światła jedynie ubywa; gęstnieje mrok
od linii lasu na przeciwległym brzegu
napełniając powietrze chłodnym dymem mgieł;
czerń sięga coraz głębiej, bezgłośna, czuła
i stula się pejzaż
jak płeć - by naraz się poddać, rozchylić miękko i objąć
nas, zajętych sobą, na rzuconych w trawie
kąpielowych ręcznikach







Elegia zimowa


jak prędko: cicha zachłanność bieli;
czernieje, ginie w rozpadlinach drogi kruche stado wron.
Jasny mój oddech na szybie. Złamane fioletem, szerokie,
rozwarte pola. Wyschnięte stawy, uległe
jak pod dotykiem delikatnej ręki,
jakby to nie był bandaż mrozu.
Stygną wz
górza ponad czubkami jabłoni i olszyn,
w oknie daleko zapala się światło. Iskry ciepła wędrują
w popiół zmierzchu
i kromkę chleba bezwiednie łamię:

my, jak prędko, w rozpadliny czasu, w głuche
i podobne do kamienia.

Wybrane wiersze pochodzą z tomiku
Sacra conversazione
(Wydawnictwo STK, 1992)
© Copyright by Marzanna Bogumiła Kielar

Powrót