Materia prima

1999

Rękopis
torfowisko jesieni - coraz krótszy oddech topoli, olsz
szarych; karłowacieje światło, blade bonsai,
wczepione w nurt południa; 
wiatr trąca tlejący susz, 
drobnicę liści zawieruszonych w rulonie
metalowej siatki, jakby, bezgłośnie, składał słowa
obcego języka, wyczuwając 
zgrubienia nerwów, wydrążone sylaby
pod szronem
 


 
 
 
* * *
słup czerwieni moknie w wodzie pod lasem, ledwie
zanurzony; bale chropowatego zmierzchu, równo poucinane,
zszarzałe, spiętrzone jak w sągu; - ślizga się promień
na smołowanych palach
trzymających pomost, kolebiącej się boi. Drzazgi
w zapachu powietrza - 
chwyta mróz, jak wtenczas, gdy w białym świetle śnieg
zaczynał padać w wodę: prószył w ciemniejący miąższ
oszronionej godziny.
Nurt odsłaniał, niósł grubiejące zrosty, blizny.
Jak zerwane końce krwią nabiegłych pędów
kołysała się ciężko, w jednym miejscu - czerwień,
jak rój, rozdrażniony, w oknie wody
za którym ciemność
 

 

Przy śniadaniu
przyniosłeś gazetę i mogliśmy, po raz pierwszy
obejrzeć te fotografie: ogniwa, powyginane,
wymierających galaktyk, amonity zapadające w muł
kosmicznego rowu; nad nami, z nocy jeszcze
labirynt stromych progów, listew
spiętrzających światło: rtęciowe cieki rozcinały stok
i słońce, niczym wywierzysko - wylewało się z małej kotliny
w morze. Chlapało na papier, przez sito żółciejącej śliwy,
na stół nakryty do śniadania; dymiła kawa,
kot obwąchiwał druciany uchwyt do wędzenia ryb,
przeciągał się pod twoją ręką. Przez galaktyki
jak przez uszkodzone muszle
przepływała ciemność, wymywając z komór
planetarny osad

 
 
 
Zmierzch
ciemny plusk wrony w rozlewisku ciszy
i zapach, jakby się go mełło w ustach: od nasiąkających
zbrązowiałym sokiem łętów października, musujący
jesienny moszcz przepojony dymem;
butwieje opadzina liści nie wygrabionych spod brzóz.
Z dnia zostało niewiele, zabliźnione pęknięcie,
ogień w polu,
jego szkielet z wiatru


 
 
 
* * *
1.
cisza przedświtu rozcięta do kości, czekanie,
aż wróci chociaż wiatr i chmury zbiorą sadzę, szczelinami
nawieje światła;
aż błyśnie, choćby łyżeczka oparta o spodek, rozrzucone 
papiery, pościel. I zajmie się suchym ogniem
wygasłe drewno odsłoniętych rzeczy
2.
podarte na pasy światło podtrzymuje drzewa, dymią
trzewia wody; świta. Słońce jest ledwie szparą
w żeliwnej kadzi z ogniem -

 
 
 
Brzeg
już od tamtej strony nie odgradza nas nic,
nawet mgły nad Bałtykiem i zimową plażą
które zniosły granice między żywiołami, rano, i dymią teraz
wysoko. Ani te stare łodzie wciągnięte na piach, ni lodowaty,
gorący
altostratus wody. Może jedynie
światło, poskręcane w oblodzone węzły, w linach
na promie - nim się wycofa i zmieni w ciężki gąszcz
w głębi chmur, intruzyjne złogi;
ścinki blasku u wyjścia z zatoki, rozlewający się
samozapalny płyn... Kwilą ptaki niesione przez powietrzną falę,
szkli się stoliwo nadbrzeża i pas kamieni, skorup
trawionych przez sól - jeszcze, przez mgnienie,
światło
wymieszane z bryzgami przyboju. W nierównym wietrze
jego spłoszony dotyk; płożą się jałowce
obrane z igieł: rafa, wykruszona
rozmywana przez wydmy
 
 
 
 
* * *
deszcz w wyżłobieniach oblodzonych godzin, pada przez skórę
i krew, jakbym dawno umarła i ciało
nie było przeszkodą; ciemnieje pokost
bezmiłosnych nocy. Domy grzęzną w mule przybrzeżnej mgły
i twój głos, stamtąd, jest wykruszającą się spoiną
w ścianach
rozbieranych cegła po cegle. Wyspa ledwie się żarzy,
ten opuszczony nisko
wieloramienny pająk na końcu długiej liny, kamienny
kandelabr. I mały port:
zwieszone ze spodu sklepienia
rozmarzające ognie, trącane podmuchem,
deszczem; w otwartej - w każdą stronę -
nawie




 
 
 
* * *
linia śniegu i nocy - słońce jak wymarzający kamień,
czerwonawy porfir, pod fartuchem skalnego gruzu,
zwietrzeliny, co się osuwa, piętrzy elipsy
nad horyzontem; pustynne obrzeże 
styczniowego dnia, zasypane mrozem powietrze. Brzozy
rysowane kredą na śniegu, zostawione deszczom. 
Poderwane hałasem silnika
kołują wrony.
Lód od dawna żywi się wodą i szpikiem dni, zajmuje szyby
nieogrzewanej werandy; rzeczy ostygły
i każda w swojej formie
gotowa do wyjęcia.
Iskrzy lodowy pył, sypie na balkon, znikąd -
jakby zachwiał się w słońcu śnieżny most, w górze
nad niewidoczną szczeliną



 
 
 
Przedwiośnie
Pękł okular lodu na stawie.
Po odrętwiałych, ołowianych dniach, wreszcie! -
przymierzanie cieni.
Doszywanie ich do wszystkiego: do kikutów róż
w ogrodzie i rzęs, i garaży. Wydłużanie,
ścinanie, przy bieliźnie trzepocącej w słonecznym
przeciągu.
Nakładanie białych pokrowców na bryły domów,
na ludzi.
Spławianie po pagórach
ciężkich tratw ze śniegiem
 
 
 
 
* * *
morze ogromne - do wydm, z wargami
przy skórze wiatru, wciąż, jakby ten był połową
jego istoty; strome
puste siodła fal, dotykane przez światło
co już się odwraca, wyślizguje, zostawiając
ślepnący szew;
mewy, okręcone wiatrem, spychane w głąb
słonawej krypty, gdzie sypie deszcz ze śniegiem - chmury
jak stalle, stalowoszare, 
pod ścianą horyzontu (modlitwa bez słów,
bez jutra) 





 
 
* * *
powrozy szronu w rowie: nie przedarło się nic,
nie przemknęło (chyba że pod ziemią, w wodzie
pełnej nagiego nieba); rzeczka wylała,
pole do połowy zamarzło i wiatr wygarnia ostry pył 
z redlin niknących gdzieś pod lodem. 
Dzień - kłąb pajęczyny
wetkanej w niebo; skolonizowane, 
podbite życie. Wyssane przez mróz, lekkie
niczym skorupki porostów na kamieniach; żyć, świszczy wiatr,
żyć, inaczej niż liście... i śmierć niechaj będzie
jak śnieg, co chroni ziemię 
przed zupełnym zamarznięciem






 

Odwilż
jakby ciężar obłamującej się gałęzi oddzierał korę, odsłaniał 
miazgę żywego drzewa - 
brzask; płaskie drzazgi wchodzą w rozmarzający staw,
sypią się na bramę i dach pustej szklarni.
Kora na pniu nocy wysycha
i pęka - od ziemi do nasady korony, 
i świeci próchno.
Ale barwy nabierają głębi, robią się lśniące, czystsze, 
jakby życie miało się dopiero rozpocząć.
Otwierają się żyły w śniegu, pełne skrzepłej trawy, piachu,
pęczniejących iłów -
piją z nich wrony
 
 
 
 
* * *
zaśnieżona wysoko poręcz przy schodach - to na niej
został ślad twojej ręki; coraz starsze słońce, jego
marcowy język, nieustępliwy,
między twoimi palcami...
 
 
 
 
 
* * *
1.
Nadmorskie pustkowie.
Ości portu zsypane na widnokrąg.
Światło między chmurami a śniegiem - wąski strumień wędrujący w górę
i w dół, jak pusta winda. Dryfująca biel dni, szpitalnych nocy
i czarne pęknięcie w śnieżnej pokrywie, którego
nie można obejść.
Zsuwamy się z przysypanej krawędzi,
z oblodzonych stopni, przy próbie wejścia na molo, zawalone
w połowie długości, próchniejące.
Wracając, oglądamy na skarpie zdziczałe, zamarznięte ogrody
na szybach letniskowego domku -
mapę, którą się śmierć posługuje, dokładną
i piękną
2.
Czasami, późną wiosną,
śnieg pada na odtajałą ziemię
i topnieje, ogrzany jej ciepłem; topnieje lodowe jądro
w otwartej skorupie zatoki



 
 
 
* * *
dzień zaczepiony o słoneczne druty, na wpół wyrwany ze zbocza, z korzeniami
obwieszonymi ziemią; szarzeją szwy przyciętych konarów
na marcowym niebie. Obrzęki,
odrośla godzin - ich ciemność przetrwała, 
jak płat śniegu w cieniu ścian
skalnego kotła; nasze ostatnie rozmowy, słowa -
zgorzelinowe rany. Słowa zaciskające się w pierścienie, szorstko,
jak słoje w pniu jabłoni, uschłej poprzedniej zimy, i której kiedyś
czytaliśmy z ust
 
 
 
 
 
* * *
tam mrok porywał materiał z dna, unosząc,
ścierając postaci, aż zostawał z nich piach i muł,
tam niósł szumowiny, tworząc mieliznę za mielizną,
tam przemieszczał łożysko i płynął
niewodem, wielkimi pętlami -
patrzyłam w dół, na miasto,
samolot lądował. Pracowała zwężona arteria
w odwróconym niebie elektrycznych gwiazd
(mleczna droga włączona do ruchu, w otwarty
krwiobieg czerni)



 
 
Telefon
                                   Norbertowi
paliłeś suche gałęzie w ognisku, i chwasty -
słyszałam szelest ognia w słuchawce, twój gwizd, gdy psy
znowu dobrały się do kretowisk, tam, gdzie wczoraj 
wybieraliśmy śliwki z wybujałej trawy;
robił się wieczór - wiatr wdmuchiwał oddech
w jego szczenięcy pysk.
Lepkie węgierki - jedliśmy je na kolację;
przeglądałam książkę o wodnych ogrodach, fotografie
błotnych roślin - chciałam zapamiętać ich nazwy: knieć,
turzyce, rdestnica pływająca -
gdy nagle powiedziałeś: "chciałbym umrzeć
przed tobą".
W twoim domu na wsi, wczoraj, patrzyłam jak zasypiasz
czytając - sen jak fala spływowa
obszywał wiosło ciała.
Wyjęłam ci książkę z rąk, zgasiłam światło.
Żebro nocy 
świeciło w gałęziach
 
 
 
 
* * *
jak ty umrzesz, taki do siebie przywiązany, ze słońcem
między igłami sosny, jasny dniu? Z tym
jaskrawym blaskiem w lusterkach samochodu
gdy wjeżdżam w leśną drogę; z czerwieniejącą kulą
nad pociemniałą, rozoraną ziemią
za stawami, nad bruzdą pola wrażliwą na dotyk stóp.
Gdy wiatr otwiera niebo - i żadnych śladów
w koronach drzew. Dniu - 
z żółknącą pokrzywą na ścieżce, przy zejściu
do wody, z komarem, nieostrożnym, na moim nadgarstku
- umrę?, taka do ciebie przywiązana
i do nocy, do miłości; niebo jak okorowana kłoda
wgnieciona w darń na wzgórzach.
Pod nią dziurawe szczawie tłoczą się w mokrym pęku.
Wzrok wczepia się w obłok, w szarość - jej odwinięty
rozpalony brzeg
 
 
 
 
Psy
zwęszyły coś, więc zajrzałam pod liście funkii.
Zamknęłam psy i wzięłam z kuchni słoik -
żaba wtoczyła się do środka, powalana gliną
i chyba przerażona. Gdy niosłam ją do rzeki
przez podmokłe pole, przypomniał mi się fragment 
czytany rano, o byciu w harmonii z życiem, bez idei
jakie powinno być, bez pragnień;
pozwól życiu być takim, jakie jest i odpręż się -
przypominałam słowo po słowie, wypuszczając żabę; w półcieniu
woda miała połysk woskowanego drewna 
i dno zmielone na piach. Topik siedział w swojej
podwodnej stacji, w dzwonie pajęczyny.
Wracałam groblą; 
słowa brzęczały w ciężkim słoju 
dnia, jak odymione pszczoły, żądliły. Psy patrzyły na mnie
przez oszkloną werandę -

 
 
 
 
 
Ustoiny
o pnie najdalszych drzew mocniej oparło się światło, smuga
zimnego świtu; wyraźnieją w strumieniu powietrza
nierówności pochyłego dna -
obtłuczone kamienie wzgórz i zielska
ścięte przymrozkiem, w bruździe
świeżego blasku, dąb odłączony od stada. Godzina jak odprysk
głazu - obca, z żyłą ognia
przy ostrej krawędzi; widzę, wychodząc na schody, 
jak się pomału odkrywa
dno bocznego stawu. Podwodne rumowisko, ugór
matowo zaciągnięty szlamem, z poczerniałymi pniakami
po wyciętych olchach, z połyskiwaniem łodyg
w kładzionym sitowiu; chmura, skłębiona, schnących
wodorostów - gdy niebo już się oddzieli od wzbitych
osadów, wywikła z potrzasku. Drga ciemno
mięsień wody płytko pod skórą, przy oszroniałej
rozszczepionej kładce. Z łąki za obwałowaniem
podnosi się wilgoć
 
 
 
 
 
* * *
jaką pieszczotą jest dzisiaj światło: w pogodzie obłoków,
po ulewnej nocy rozwidnionej miłością. Wiatr
zbiera mokry puch z gałęzi i niesie na twarze,
czerwcowa niedziela jak pąk się rozłamuje - 
pachnie piołun, macierzanka, którą kiedyś zrywałam
dla ociemniałej prababki; jej stare ręce
o łamiącej się w ruchu skórze
chwytają się prędko drobnej kry, pamięci. Jej laska. Cień
co powtarzał linię ramion
i bioder, nieporadnie, gubiąc drobnostki, jakby już wtedy
(pod ścianą bzów czy przy furtce)
była jedynie wspomnieniem 
albo dopiero szukanym w pamięci
detalem.
Leżąc na plecach, patrzysz, jak jastrząb przysiada na szczycie
powietrznego komina, z piór strzepuje wodę;
we włosy wplątuje się trawa, w tęczówki -
tęcza, i jaskółcze ślizgi
nad uskokiem dnia. 
Blask, pomiędzy deszczami.






 
 

* * *
obracasz kluczyk w stacyjce - i ćmy
wpadają w długie światła, ich niemiarowe tętno
nad żwirem podjazdu to gubi się, to wraca
i zaraz urywa, w zgięciu szosy, jak radiowe pasmo
zapisane szumem. I znów dostajemy się ciemności,
milczeniu, machinalnie zapinając pasy, zmieniając
stacje z muzyką. Z wąskiej serpentyny, z góry
jezioro jest ledwie kroplą wody - wpół drogi -
na pomarszczonym liściu, stacja benzynowa - cyplem
z emaliowanych blach; słabiej umocowana w rogach
plandeka wiatru
odwija się nad skrzynią wioski, łopocze. Przed nami tunel,
jak klatka filmu
tuż po napisie "koniec": ciemny, draśnięty kadr;
myślę o miejscu, w którym mieszkałam, i które
nie wie już nic
o mnie...






 
 
 
Portret 
                                       Norbertowi
niemal w bezruchu oboje, w szczelinie
rozsychającego się dnia; gazety,
książki, cień w ogrodzie - coraz to
odkładane czytanie, leniwe doń powroty;
popołudnie rozpięte na słonecznym stelażu,
godziny w ciężkich, luźnych gronach, przejrzałe,
osypujące się przy dotyku; tłocznia, z której wypływa
ciemniejący sok.
Podmuch sosen rozprzęga skwar, ale nie schną
krople potu na skórze, zbierają się nad obojczykiem,
nad wargą, gdy pijesz zmrożoną miętę; 
twoja stopa w trawie dotyka mojej -
jedno kończy się wewnątrz drugiego
i zaczyna, jak kolory w widmie świetlnym
 

* * *
w potłuczone luksfery wiejskiego przystanku, z pola
wlatują bielinki - jak do otwartej
porzuconej krypty




 
 

Wynajęty pokój
kawałek dachu z przekrzywioną anteną i ściana, z drzwiami
uchylonymi na pusty balkon -
jesteśmy jak to odbicie wniesione do pokoju
na skrzydle otwieranego okna. 
Światło z korytarza wabi już ćmy, obraz na szybie ciemnieje i miłość
mówi językiem o rozsypującej się składni;
pamięć jak pryzmat załamuje przeszłość - i ciągną nas 
jej zawracające wiry, i szum dworcowej hali.
Zaledwie przeczuwamy, że poza bólem
nie będzie niczego bliskiego. Poza ręką, która przekręci
mosiężny uchwyt na framudze
 


 
 
 
Nad ranem
budzić cię, nad ranem: ciężarem półsennych palców,
zanim zadzwoni budzik, przed podróżą; nim 
dworcowe poczekalnie, perony
wezmą nas na własność, otoczą metalową powłoką,
zimnem. Światło dopiero montuje swoje instalacje,
z mroku wytrąca poskładane ubrania, książki
i sól
nadmorskiego brzasku
przesypuje się na wewnętrzny parapet. Chmury coraz mocniejsze,
skomplikowane: odmładzany masyw, z zawieszonymi gdzieś
kotłami dolin, dni; wietrzejące wpół skoku lawiny
nad skrzydłami mew, osuwisko mroku,
pamięci, która jak milimetrowy papier - zatrzymała drobiazgi,
unerwione okruchy; ten gest,
sposób, w jaki odpinasz pasek zegarka i zsuwasz
z przegubu, to już tylko zapis w czarnej skrzynce, znalezionej
na płyciźnie nocy, w strużynach
snu; dotyk jak otwieranie
zgłoski, przeciągnięcie jej w szept...
Obudzić się, słuchać -
jak zrywają się ścięgna tamtych godzin, i minuty wracają
i wiodą, już pozbawione chronologii
samoistne życie (drga magnetyczna igła:
pamięć)
 


 
 
 
* * *
na różne sposoby wymawialiśmy słowo miłość, 
zajmując się sobą i ogrodem -
gawrony to od godziny jedyni słuchacze; 
sadzimy krzewy - koniec października,
a twoja pewność, że się ukorzenią przed nadejściem mrozów
jest prawie niewzruszona. 
Za rok będą porzeczki, jak z obrazka 
w katalogu sprzedaży wysyłkowej - jeśli pędy się przyjmą i wiosną 
nic nie wygryzie pączków spomiędzy liści.
Jeśli je ominą motyle, ich trawiastozielone potomstwo. 
W nozdrzach mamy zapach rozkopanej ziemi, gdy umazani 
schodzimy do stawu, po skłonie wzgórza, którego odbicie
pulsuje na tafli, 
i nakłada się za trzcinowiskiem - jak rysunek na folii - 
na spękane dna dolin pod gwiazdami;
dzień już się marszczy i zwija, jak liść
w miejscu żerowania - i wykrusza się tkanka 
porażonych godzin; 
w ogrodzie widać dym, ojca krzątającego się z grabiami 





 
 
 
Niebo Anaksagorasa
obsychają byliny. Fala wielorybich wzgórz
rozlewa się za rzeką - płycizną pola, łęgu; blisko,
z samego brzegu, w wychłodzonej wodzie
leżą olchowe szyszki, wydma grubego żwiru,
otoczaków, pełna jest twardych, prędkich lśnień.
I rumosz chmur, jak wyorany z ciemnych iłów, osiada wyżej,
pod powierzchnią -
wkładam rękę do wody, w jej sprawne sidła,
żerowisko nartników;
niebo w rękawie zatoki, osłonięte od prądu, wysadza korzenie
przybrzeżnych wierzb (niebo, jak usypane z kamieni
co pospadałyby może
gdyby ich lot był powolniejszy)

 
 
 
 
* * *
niski brzeg nocy przed nami, chłód; mokre wydmy
podchodzą bliżej, czerń w deszczowych porywach,
jakby światło na zawsze już
uwalniało się od materii. Uliczka zagiętą płozą
wrzyna się w mrok, jak w ławicę węgli,
wystygłych; rozbijany na bryły żywioł
przewala się po plaży, rozsypuje, pyli
w powietrznej niszy;
nie zapalamy lampy. Milczący, ogłuszeni;
sypialnia jak puste kąpielisko, ślepa muszla,
jak w morzu dudniącym naprzeciw









Jastrząb
sukno wody zgniecione zimnym wiatrem, granatowe, ciężkie,
rozdarte; łopot skrzydeł, gwałtowny,
daleko od brzegu - jezioro błyska w słońcu
stalowym ostrzem;
krew, materia prima. I przeczesuje na oślep
otchłań, co ją przepełnia,
dławi

Wybrane wiersze pochodzą z tomiku
Materia prima
(Wydawnictwo Obserwator, Poznań 1999)
© Copyright by Marzanna Bogumiła Kielar

Powrót