zjechać po poręczy w sam środek ognia,

najeść się do syta owoców z tych drzew.

To, raczej. A potem nigdy już i wcale;

zarost z twarzy, twarz z lustra, i ŻADNYCH

TAM WAŻNYCH SPRAW! Pan wyjechał,

pan zniknął, proste? Wprawdzie para nagusów -

ta sama, co zawsze - bawi się naprzeciwko

zapalaniem i gaszeniem światła, i podglądacz ten sam,

co zawsze, za firanką - lecz śladów żadnych.

Pamięć? Ślad piosenki na wargach!

LIPIEC

powiedzmy szesnasta. W pół-

-przymkniętym oku to zbliża się,

to oddala. Biegnie w dół stromym zboczem,

za którym zgrzyta tramwaj.

Dawniej plułem stąd pestkami

w przejeżdżające pociągi. Teraz

ruch powiek: but ze złamanym obcasem,

jak fioletowy jamnik, ociera się

o twarz. (Trochę chłodno,

szarość przekrada się w błękit).

Za plecami niebezpieczna perspektywa

odpływu. Rośnie.

Nie chce się. Jestem,

więc?

* * *

Ulice, uliczki. Popołudnie takie,

że wyciąga ludzi z bram.

Kupiłem bilet powrotny, gazetę

i gumę do żucia dla zabicia

Jej natrętnego smaku w ustach.

Słońce dziś tak nieostre -

aż dziw - przenika skórę.

A przecież. Poza tym strzępy chmur,

dekatyzowany błękit w ruchu.

Jakaś kobieta stanęła obok i stoi,

mówi coś do siebie szybko,

jakby obawiając się, że zapomni.

Tymczasem tramwaju cały czas

nie ma, tylko powietrze gęste

jak wata otacza nas szczelniej.

PAN BRANDSTAETTER

Dziewiątka wynurza pysk z ciepłej mgły.

Motorniczy uderza w dzwonek i nuty pędzą,

jak krążki odbijane od niewidzialnych band.

Miasto pęczniej z gorąca - tak samo,

jak dziesięć lat temu, kiedy roznosiłem

w tym rejonie listy, gazety, pieniądze.

To było moje miejsce, a teraz nawet nie wiem,

co się z nimi stało, jak się mają ci wszyscy ludzie,

których widywałem każdego ranka, w porze obiadu, popołudniu.

Dziesięć lat temu czyjś łamiący się głos powiedział

zza uchylonych drzwi: "Pan Roman Brandstaetter nie żyje,

gazety nie będą więcej potrzebne". O tak, śmierć potrafi być

nad wyraz dyskretna.

DWIE KOBIETY

idą w kierunku sklepu wydeptaną w trawie ścieżką.

Co za szaleństwo światła nagle na ich taftowych bluzkach!

Słońce musiało biec do nich po dwa kroki na raz,

żeby teraz na palcach kręcić się w miejscu.

I jak narzekają na dwójkę umorusanych chłopców,

którzy - plącząc się wokół ich przeładowanych siatek -

przeszkadzają obgadywać nowego księdza!

Wiatr wypchnął kurz na jezdnię i piskliwe głosy kurcząt

z pobliskiej farmy znów słychać wyraźnie -

zupełnie jakby chciały zagadać to senne popołudnie,

kiedy spełnia się wreszcie spóźniony wiosenny przypływ,

a oddech przystaje na granicy płuc, drobiąc stopami

i zadzierając sukienkę. O tak, nie wiemy dobrze, co mówimy,

ale to dopiero nasze czyny wprowadzą nas w prawdziwą rozterkę.

Niebo przeleci nad nami parę razy, jak spóźniony listonosz,

gubiąc po drodze za duże sandały - na tym koniec zabawy.

Zostaną wypalane ścierniska i wzgórza wiosną,

potem jesień przyjdzie, jej małe kłamstwa,

prawione na okrągło, który to już rok?

* * *

Pomarańczowa łuna ześlizgnęła się w błękit.

Oni, zdaje się, zasnęli. Pijani albo zmęczeni.

Znam to, więc wyrozumiałości mam trochę

dla wyrzuconych przez okno butelek.

Kościół na wzgórzu oblegany przez mrok

zanurza się coraz głębiej. Zamknięte więzienie

dla kobiet - swego czasu prawdziwa legenda -

zgubiło gdzieś swoje strażnicze wieże.

Tylko emerytowana nauczycielka historii

z jamnikiem przy nodze i przeceniona chemią

w ręce wciąż roznosi ploty. Do czego mógłbyś

porównać jej zacięcie? - Nie wiem.

W każdym razie, byłbym niepocieszony,

gdyby spotkało ja coś więcej, niż koniec, jaki czeka

sprzedawcę śledzi, czerwonego na twarzy od wódki -

teraz jakże wdzięczny przedmiot jej doniesień.

SIERPIEŃ

Pociągi uparcie szturmują horyzont,

wbijają pyski w ciemność, jakby było to mięso.

Patrzę i przez chwilę wierzę nawet

w mityczną siłę ucieczek.

Lecz już w chwilę potem doglądam grządek,

sprawdzam pomidory - też uciekinier,

a już na pewno tymczasowy opiekun mienia.

Tak, żyje się tu taniej i nie chodzą słuchy,

listonosz mija miejsce, a i w okolicy bywa rzadko.

Na razie nic o nas, nikt się nie upomina -

choć wiemy, wkrótce trzeba będzie wrócić,

bo to życie trzyma się innego życia.

Na razie burza przeszła, naruszyła krzaki

i najczerwieńsze sztuki opadły na ziemię

bez mała z pluskiem. Ten pomidorowy desant

to teraz cała nasza racja istnienia.

DZIEŃ DOBRY

Krzysztofowi Koehlerowi

Komary tną. Uparte czarne robactwo

przebiega podłogę oświetlonej werandy

niepomne rosnącej systematycznie liczby ofiar.

Księżyc w odrobinie pomarańczowej pleśni

przypomina preparat nieznanego płodu -

przyciąga wzrok. W zaroślach czają się koty,

które jakimś cudem wydostały się z wilgotnych piwnic.

Cały dzień na przemian jeździłem na rowerze

i uprawiałem ogród wyglądający po przyjeździe

na niezamieszkaną wyspę. Okopałem morelę, forsycjom

przywróciłem światło. Psy gdzieś poniżej wdały się

w zażarty spór, gdy wyszedłem zerwać resztkę śliwek,

o których zapomniał wczorajszy wiatr. To są właśnie

te brudne skarpety, o których tyle ostatnio.

* * *

Wilgoć uparcie przenika tynki.

Łączymy się szybko, uważając,

żeby nie zbudzić dziecka.

Nowy rok

Śniegowa czapa na wiatrołapie.

I roześmiani rodzice z monstrualnym chodzikiem dla dziecka.

Kiedy skręcają, ich śmiech skręca w przeciwną stronę.