Deszcz właśnie przestał padać. Niepewne języki

słońca obmacują dachy niewielkich zabudowań

po obu stronach drogi, która prowadzi stąd

w dwa równie znane i nieciekawe miejsca.

Leniwym wróblom nie chce się nawet ruszać.

Bardziej z przyzwyczajenia, niż z chęci życia,

brodzą w rozmokłej skórze poboczy, przeszkadzając

krowom obnosić się ze swoim smutkiem.

Na razie tyle. Na razie tutaj toczy się akcja.

Wkrótce zalepią nam oczy plastrem i zrobi się ciemno.

Wszystkie ptaki odlecą. Wszystkie ptaki i wszystkie

gazety, które też chciałyby latać.

PRZYPIS

Ciemność przypełzła pod okna; barman nic -

majstruje przy zaciętym zamku.

Po lewej chłopcy, którzy chcieli się bić, ale im przeszło.

Po prawej kuchnia po wielkim smażeniu.

Jedynej sympatycznej dziewczynie się nie chce.

Jej niesympatyczne koleżanki w kolorowych podkoszulkach

też nie mają tymczasem ochoty, bo czują się źle.

Im dłużej patrzymy na siebie, tym lepiej rozumiemy, jak to jest.

Jutro znów tu wpadniemy, napić się i pograć w karty.

Pojutrze wrócimy zmęczyć jutrzejsze zmęczenie.

Teraz jednak słuchamy, jak to on stoi na scenie -

dwie godziny śpiąc - a oni klaszczą.

PABEL I INNI

Coś między metalem a wiatrem.

Obmacane przez deszcz jęzory podkoszulków

na porośniętym zieloną farbą balkonie.

I otacza nas jakaś niezwykła barwa.

Żeby było jasne - rozeszło się, rozmyło,

nie ma w rękach. Ale żadnych tłumaczeń.

Nie ma pewności czy kiedykolwiek tak było,

a jeśli nawet, to co i jak to nazwać?

Tymczasem latarnie. Po obu stronach szosy.

Biorą na szybko, jak połykany płomień.

Myślę - latarnie? Może pachy pod uniesionymi

w górę ramionami kobiet? Co robią

w tej mgle? Myją się, modlą?

Pabel przeklina. Powoli z niego wychodzi -

cały dzień w budzie, jak ta. Od ósmej do szóstej.

Ja wiem - ktoś jest do zrobienia, na szaro.

Ale nic za darmo, nie wszystko na raz.

Więc lepiej, że oni i my, niż gdybyśmy tylko my.

Teraz wystarczy - słowa to tylko słowa. Teraz pety,

psie kudły, psi smród. Oślepia nas ten z naprzeciwka.

JESIENNY

Sprzedaliśmy, co było do sprzedania,

rozliczyliśmy się, teraz darmowym transportem

wracamy do domu. Rosjanki patrolują rondo,

choć deszcz ze śniegiem taki, że nawet psa

nie uświadczysz w bramach. Kamienice giną,

tory urywają się nagle, ciemność pospiesznie

pochłania biegnących, wiatr wpada przez dziury

w karoserii i świszcząc zagłusza radio,

podczas gdy na zewnątrz nowy skok deszczu,

szybki i twardy, siódemka tnie mrok na oślep,

zarzucając błotem arabską knajpę.

Jesteśmy jak ta przelewająca się fala.

Skrzela niewidzialnego organizmu

pracują nad nami statecznie.

WIDOK Z PODWÓRKA U ŻYDKÓW

Dziadek umarł siedząc w fotelu,

jego oczy nie chciały się zamknąć.

Patrzył nieżywy na towarowy wagon

zarastający trawą przy bocznych torach

Łodzi Fabrycznej. Teraz żegluje w głąb ziemi,

zamknięty w rzeźbionym futerale trumny,

jak drogocenny instrument, który niewidzialne dłonie

podają wciąż dalej i dalej. W tamtym domu

obcy ludzie mieszkają. Bazar zlikwidowany,

złodziej rowerów w pudle, czerwone plomby cegieł

w bramie tramwajowej zajezdni. Fontanna za bramą

też bez życia, za to pełna śmieci i zgniłych liści.

Patrzę na usychającą pod oknem morwę.

Ogień płonie w moim kierunku.

JAN KACZMAREK IDZIE DO PIACHU

Dyscyplina, z jaką choroba uwalniała go,

krok po kroku, od niedogodności ciała -

tylko sześć miesięcy, a stało się zaledwie

swoją własną ideą, gasnącym zarysem,

jakby szeregi atomów odbywały pod skórą

ostatnia naradę przed dezercją.

Materialny wymiar tego, co do niedawna

jeszcze nim było, stawał się wyłącznie

przyzwyczajeniem wzroku, lenistwem percepcji.

I z jaką łatwością pominięto nasze obawy -

co zrobimy gdy, jak się zachowamy jeśli.

On tymczasem usiadł w fotelu i zasnął,

wpatrzony w jeden z kątów tego, co dotąd

było dla niego domem; nie zauważyliśmy nawet,

jak to się stało. Została po nim karakułowa czapka,

garnitur, dwie pary gumowanych butów i mydło -

pięć kilogramów szarego mydła - które zachował

zapewne z myślą o jakiejś nowej wojnie.

Patrzyliśmy w rybie wnętrze błękitu, nie wierząc,

że glina w dole szykuje już soki na przyjęcie tego,

co zostało po nim. Trzeba było jeszcze gumką

do spinania waluty przymocować do reszty głowy

jego zbuntowaną szczękę. Potem ziemia ruszyła -

dół zapełniał się, zapełniał, do skutku.

OBCOŚĆ

Słońce dziś tak nieśmiałe, a przecież

nagryza oszronione dachy samochodów

i człowiek ten sam, co zawsze

o nigdy nie widzianej twarzy

punkt ósma wychodzi na spacer z psem.

Warta na granicy przesilenia

pcha brudną wodę i krę tłustą

jak wróżba z wosku.

Podpalony wczoraj śmietnik wciąż jeszcze

się pali, para bije leniwie na boki,

jakby od niechcenia, jakby przypadkiem

odsłaniając wieżę ciśnień i rury grzewcze -

wilgotne trzewia mitycznego zwierzęcia,

które widać musiało zaczaić się gdzieś wyżej,

na wzgórzu, wśród silosów na paszę.

Jeszcze wczoraj, kilometry stąd,

zaglądałem barkom w nabrzmiałe brzuchy

i pociągom w okna.

Dziś znów tutaj, patrzę z balkonu,

jak komin pobliskiej ciepłowni

przykrywa osiedle warstwą sadzy.

Wiatr bez przekonania przewala papiery,

jakiś człowiek w waciaku ryje beton

młotem pneumatycznym.

Kundle, choć nie bez problemów,

spółkują z oddaniem.

CHŁOPCY W ŚMIECIARCE

Pierwsze promienie słońca plączą się niepewnie

w gałęziach drzew nad cytadelą, by już w chwilę potem

przekraść się przez szybę do wnętrza szoferki.

Czerwień ich kombinezonów nabiera

w siebie jeszcze więcej czerwieni,

gruby, po prawej, smakuje coś

niecierpliwie przez sen. Ale