POCZĄTEK

Światło lamp ustępowało

przed napierającą od strony osiedli ciemnością.

Po tamtej stronie bunkrów ona z trawy wstała,

poprawiła zmiętą sukienkę.

Jej zielone kolana - dlaczego tak go rozśmieszyły?

I skąd smutek, który naszedł nas, małoletnich podglądaczy,

kiedy w jakiś czas później zebrali się do odejścia?

Gdy wracaliśmy, wiatr unosił nad drzewami obce przekleństwa,

śmiechy pijanych słychać było od niewidocznych w ciemności rowów

i szyba pękała w obrabianym kiosku.

BIEGUN

Myślę, że wyszedłem z morza.

Myślę, że kiedyś tam wrócę.

Myślę, że czeka mnie śmierć w wodzie.

Ale to później, to potem.

Teraz sobota - na pewno sobota,

w obcym mieście (może to być

Toruń, Gdańsk, Bydgoszcz albo inne),

któregoś tam, w jakieś święto.

Na dobrą sprawę nie wiem,

jak za to się zabrać. Same zagadki.

Miała być, ale jej nie ma - wszystkie drzwi

zamknięte. Tylko ludzie spacerują wałami.

Przez chwilę patrzę, ale zaraz chowam się

w sobie, kurczę. Powolny zanik oddechu,

zanik pogody. Tylko rzeka nie chce.

Oznajmia coś. Szczeka głucho od środka.

Wypluwa martwe gałęzie. Znów zgubiłem,

zapomniałem. Teraz rozchodzę się.

Jedna część w palcach mnie poplamioną serwetkę,

Druga zamyka za sobą drzwi,

jeszcze inna szuka w kieszeniach zapałek.

Poza tym flagi, cholerny łopot flag.

Chłód wbija się w palce, na chama,

bez pytań.

SZCZEGÓŁY

Urwało się. Ale gdybyście mnie zapytali,

odpowiedziałbym: tamto, z całą pewnością tamto.

Droga pod jej okno wiodła pospolita

i trudna do opisania, jak wszystko,

czemu brak znaków szczególnych.

Poza tym węgiel: wiecznie przy wejściu,

wczepiony niedorzecznie w asfalt, jak dziecko

w fartuch matki. Jeszcze chwila w brudnej windzie -

i już. Chociaż nie jestem pewien,

co tak naprawdę mnie brało.

Co krok mielizny, nieporównywalny z czymkolwiek

brak smaku, tandeta wykluczająca związki

z jakąkolwiek perwersją. A i ona, cóż - nawyki,

o których nie da się nawet powiedzieć, że ujdą,

niemożliwy do wyplenienia pociąg do kłamstw,

wciąż te same, brzydkie faule.

Tak, z całą pewnością, nasza sytuacja niewiele

miała wspólnego z tak zwanym wielkim uczuciem.

Nie wiem nawet, która z nazw byłaby lepsza:

błazenada, bestialstwo? Więc może wyłącznie

jej niemiłosiernie żywe kolana, zwyczaj picia

wody prosto z wazonu, razem z liśćmi,

to ciągłe "Jestem zmęczona" albo "Jakie to wszystko

nudne!"? W każdym razie urwało się.

Finisz, kropka. Ci jej arabscy faceci. Może

i prawda, ale po co wiedzieć na pewno.

KŁOPOTY Z NADMIAREM

N. L.

Radykalność ostatnich kroków

zdążyła mnie zmęczyć. Nie nadążam.

Ale nie o czyjekolwiek odczucia

teraz chodzi. Tak myślę.

Już raczej, gdzie się podziać,

co z sobą zrobić? Bo większość

tych scen to tylko powtórki.

Powiem inaczej - stare błędy.

Więc miło było, i owszem,

skopać wszystkie drzwi w kamienicy,

na dachach samochodów dławić się

wiatrem. Namieszać, umoczyć.

Chęć była, i próba, lecz zabrakło

skali. Teraz nic na dłużej.

Palisz, pijesz, śpiewasz Sto lat

w pewnych knajpach. Wystarcza,

bo musi. Jest listopad, będzie

grudzień. Więc dużo, dużo konfetti.

Jeszcze więcej! "Gra, taniec,

dekonstrukcja!". Życie brodzi dookoła,

uchyla rąbka - ślizgasz się

po powierzchni. I tylko zima, jak zawsze.

Śnieg, dym za firanką,

ktoś patrzy przez palce. Wpadnij,

jeśli poczujesz zmęczenie - wpadnij.

Tylko proszę - żadnych rozmów.

Przyzwyczajam się do. Przyzwyczajam

się bez. Tak, tyle wystarcza.

RZEŹNIA

U nas wszystko po staremu.

Byłem nierozsądny, sądząc, że może być

inaczej.

Morze ma kolor schodzonego munduru.

Mógłbyś je wycisnąć, wciągnąć przez głowę

i nosić, jak sprany sweter.

Ustawimy piramidę ze skrzynek, palimy

tanie papierosy, śmiejemy się z pijaków na ławce.

Kundle biegają wkoło, roznosząc gówna.

Już dawno przestaliśmy przypominać ludzi.

Nie mamy oporów, śmierdzimy mięsem.

Jutro ani pojutrze nie czeka nas nic ciekawego.

Na rampie różowe motyle świńskich uszu

czekają na odlot.

CIĄG DALSZY

Autobus wciąga z wysiłkiem na wzniesienie

swoje patetyczne cielsko brzuchomówcy.